sobota, 02 sierpnia 2008
fot. eatdessertfirst Nie chce, żeby ktoś się do niego przysiadał. Obiektywy aparatu wycelowane w niego peszą, wprawiają w zakłopotanie. Po co to całe zamieszanie??? Mimowolny bohater dnia. Z doświadczeniem, które przygniotłoby tych wszystkich napalonych turystów z Warsaw... Ogólnopolski Festiwal Kapel i Śpiewaków Ludowych, Kazimierz 2008
niedziela, 13 kwietnia 2008
Zamek
Lubię zamki. Te dobrze zachowane i te, z których pozostało tylko kilka kamieni. Oddech historii. Ten oto mieści się w Edynburgu. Edinburgh Castle. I mimo, że turyści pędzą do niego jak tylko zawitają do stolicy szkockiej krainy i wiecznie są wokłół niego tłumy, lubię na niego patrzeć. Nie prędko będę go miała okazję ujrzeć... Chyba, że kiedyś uda mi się zaoszczędzić tyle, żeby pojechać tam na wakacje. Tym razem jako turystka. Z okazji decyzji o nie pojechaniu w tym roku do krainy Haggis, zamieszczam to oto zdjęcie.
wtorek, 22 stycznia 2008
Są takie chwile
Są takie chwile, gdy chcę uciec. Daleko, daleko od tej podłogi. Ściany. Krzesła i nawet biurka. Brakuje mi kwiatów. Poszłabym na łąkę, poleżeć ze zdzbłem trawy w ustach, z promieniem Słońca na policzku.
środa, 02 stycznia 2008
Wszędzie dobrze, ale najlepiej...tam gdzie nie widać szarości.
Odetchnąć. Zwolnić. Popatrzeć na własne myśli. Zastanowić się nad sensem. Zobaczyć siebie jako część czegoś większego, ważniejszego; związku, rodziny, społeczności, świata. Okiełznać chaos, nadać mu jakiś konkretny, logiczny kształt. Skupić się na tym jak być a nie jak mieć. Takie cele wyznaczyłam sobie na te święta. Czy się udało? Myślę, że tak. Szkoda tylko, że nie prędko będzie możliwość powtórzenia tego procesu odnowy... A oto gdzie najlepiej wychodzą mi takie zabiegi.
fot. eatdessertfirst
sobota, 08 grudnia 2007
Lubię wejść na górę.
Lubię wejść na górę. Może być i niska, może być i w centrum miasta. Lubię poudawać że góruję nad światem, że mam siłę, że jestem wolna, niezależna. Lubię swoje myśli, gdy jestem wysoko. Ledwo je doganiam, tak pędzą w dół.
niedziela, 02 grudnia 2007
Wiadro nr. 2 - autobusy z Lublina rodem
Szczęśliwy ten, kto zazna niewątpliwej rozkoszy przewiezienia swoich szacownych czterech liter nowiutkim i świecącym (jeszcze nie do końca) nabytkiem MPK z ostentacyjną wywieszką "jazda testowa." Ale to jednak wysłużone i pamiętające zamierzchłe czasy głebokiej komuny trajdki oraz autobusy "klaustrofobiczne," na których to powierzchni każdy milimetr wykorzystany jest jako przestrzeń reklamowa, stanowią niechlubną wizytówkę lubelskiej komunikacji miejskiej. Przejażdżka jednym z tych uroczych maleństw, zwłaszcza w godzinach szczytu, może przyprawić o człekowstręt najgorszego sortu, co jest niewątpliwe niekorzystne gdy ktoś tak jak ja udaje się tymże środkiem transportu do pracy z ludzmi. Poza zabawą pod tytułem "Walka o siedzenie, " starsi obywatele kultywują też z dziada pradziada przekazywaną tradycję narzekania. Jak uroczo jest słuchać bolączek mieszkańców koziego grodu gdy czujesz ich oddech jeśli nie na plecach, to napewno na policzku. Nigdy nie wiem gdzie "podziać" oczy gdy łypie na mnie jakieś 40 par innych, należących do stłoczonych na sardynkową modłę Lublinian. Nie wiedzieć czemu, to właśnie w Lublinie autobusowa gra polegająca na mierzeniu wzrokiem wspólpasażerów od stóp do głów ma najliczniejszych entuzjastów. Co prawda nie muszę się dziś nigdzie ruszać, wreszcie niedziela, ale tak tęsknie za tą niepowtarzalną atmosferą, że chyba pojeżdzę bez celu po mieście.
niedziela, 25 listopada 2007
Rutyna
Tak łatwo zapętlić się w strzępkach szarej rzeczywistości, tak łatwo stracić ją z oczu i pogubić się w jej chronologii. Nie wiadomo już gdzie jest początek a gdzie koniec. Wszystko zlewa się w jedną całość, bezkształtną masę, która przygniata swym ciężarem i zabija resztki chęci do życia. Kolejna niedziela, ostatni dzień względnej wolności. Już za chwilę znów oddam całą siebie do dyspozycji drapieżnego kapitalizmu i ugnę się za sprawą nieuchronnie nadciągającej mieszaniny stresu, zmęczenia i umierającej nadzieji. Nadzieji na to, że jeszcze coś nastąpi. Coś nastąpi.... Tam gdzie cicho i zielono...
sobota, 03 listopada 2007
Rzczywistość czy rzeczywistości?
*** Jedna czy więcej? Która jest tą "właściwą" ?
Kiedyś wiedziałam. Zapomniałam.
*** Stare i wciąż dobre.
Ucichłam. Serce trochę przyspieszyło bicie. Czułam, że wraca. Wróciło. Koncert Starego Dobrego Małżeństwa, 28.10
czwartek, 01 listopada 2007
How fragile we are... Myśli na 1-go listopada.
Memento mori. Powtarzają nieustannie. Spokojnie, nie krzyczcie tak. Pamiętamy. Nasze ciała każdej nocy przygotowują się do stanu wiecznego spoczynku. Wstajemy rankiem niechętnie, rozczarowani że znów nadszedł. Tam, po drugiej stronie zdaje się być lepiej, cieplej, błogo. Ale coś jednak pcha nas do działania i rozkazuje przedzierać się przez gąszcz absurdu i codziennych wyzwań. Coś lub ktoś. Żyjemy. A przynajmniej egzystujemy...wegetujemy.
Kostucha przychodzi nieproszona. Bezpardonowo odłącza respiratory, zamyka powieki niemowląt niegotowych jeszcze na życie a już zmuszonych je zakończyć; jest wszędzie tam gdzie ktoś pociąga za spust lub wyciąga nóż. Każdy wreszcie poczuje jej odrażająco cuchnący oddech na ramieniu. Ja, Ty, nasi bliscy i nasi wrogowie. Tylu już odeszło i tylu jeszcze odejdzie. Cóż więc robić z tą świadomością??? Rzucić się w hedonistyczny wir zabawy i swawoli tak, aby w obliczu spotkania ze Starą nie dostać olśnienia, że zmarnowaliśmy życie??? Czy poprostu ze stoickim spokojem oczekiwać zaproszenia do ostatecznego danse macabre???
Tego listopadowego dnia jeszcze głośniej te pytania tłuką się w mojej głowie. Pewnie łatwiej byłoby wierzyć, że coś na mnie czeka po drugiej stronie. Chciałabym, jak Słowianie, wierzyć, że po śmierci moja "iskra boża" wróci do doczesności poprzez Drzewo Przodków a druga część mnie zjednoczy się z przodkami. Chciałabym wierzyć. Ale narazie w nic nie wierzę. Nie znam tajników ars moriendi. A ten dzień, a właściwie już jego schyłek, przeszywa mnie swoją pustką i smutkiem. Trudno mi już uwierzyć, że w tradycji pogańskiej było to święto radosne.
fot. eatdessertfirst |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Ciekawe. Bardzo ciekawe.
Posłuchuję. Czasem.
Wyspiarski półświatek, czyli kilka reminiscencji z krainy haggis.
|